niedziela, 20 czerwca 2010

Bo życie to zmiany.

Nieźle narozrabiałam.Ostatni rok przewrócił moje życie do góry nogami. Gdy pomyślę kim była ta dziewczynka, która przyjechała rok temu na studia do Warszawy naprawdę robi mi się nieswojo.Jakie były moje plany? Cele? Co było dla mnie najważniejsze? Hm, na pewno miałam wpojone w głowę, że dobre wykształcenie to podstawa, a technologię chemiczną traktowałam trochę jak jedyną słuszną drogę. Miałam też niezłe parcie na popularność:) Chciałam być tą jedyną i wyjątkową, ładną i zdolną studentką polibudy.Taniec, był dla mnie czymś jak powietrze, jednak szybko dostałam od niego zadyszki- nikomu nie życzę tak długiego zastoju w swojej pasji, gdy naprawdę nie możesz nic z tym zrobić, a starasz się jak cholera. Emocjonalnie byłam strasznie rozchwiana.Zimna, niedostępna, bo tak było po prostu najłatwiej. Z drugiej strony miałam te iskierki i ogromnego powera i chciałam, chciałam działać. Tylko zawsze znajdywałam jakieś ale. Dziś wiem, że tak jest po prostu najłatwiej. Powiedzieć, że się nie da, nie można, nie potrafi. A guzik prawda. Wiele osób pracowało- świadomie lub nie- na mój wewnętrzny rozwój. Jednak najważniejszą decyzję podjęłam ja, bo widząc ich nieśmiałe ruchy powiedziałam sobie: Tak! I zaczęłam współpracować,mocno i sumiennie, by dziś powiedzieć moim wszystkim większym lub mniejszym trenerom i motywatorom: ogromnie dziękuję. Tak, jestem innym człowiekiem, różowa księżniczka tatusia przemieniła się w silną dziewczynę. Silną marzeniami, które wreszcie przemieniły się w cele do bezpośredniej realizacji. Silną pewnością siebie, bo to czego nie lubiłam w sobie, zostało zaakceptowane lub skutecznie zmienione. Nauczyłam się, że warto próbować, walczyć ze swoimi obawami, szaleńczo gonić za szczęściem. Przeżyłam kilka niezłych przygód. Noc na ławce w Amsterdamie? Stop do Holandii? Tak, autobusy do Zakopanego zostawmy swoim dziadkom, a sami tańczmy w deszczu, bawmy się i bierzmy z życia garściami. Nie pozwólmy sobie na to, żeby tylko żyć. Oddychając poczujmy zapach prawdziwych uczuć. Nie warto być zimnym, wyważonym. 5 min uniesienia to naprawdę wiele. Pozwólmy sobie na radość, ekscytację, miłość, szczęście, spełnienie, nawet jeśli po drodze będzie ciężko i pojawią się łzy. Budujmy swoje wspomnienia jak wymarzoną książkę kucharską, niech będzie tam dużo potraw, każda pachnąca i apetyczna.Słodkie, słone, ostre i wytrawne, Szybkie i całkiem pracochłonne. Pyszne, aromatyczne i dopracowane. Ale pamiętajmy, że przepisów trzymają się tylko osoby bez wyobraźni, a improwizacja, to sekret największych kucharzy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz